"Veni, vidi, vici."
Juliusz Cezar
"Polcon 2009: Byłem, widziałem, zmokłem."
Goblin
Pierwsze wrażenie: Pada.
Drugie wrażenie: Nadal pada.
Trzecie wrażenie: Czemu w łodzi nie ma oznaczeń czegokolwiek? Polcon miał baner informujący gdzie jest... jeden mały tuż przy wejściu jak już go znalazłeś... :/
Czwarte wrażenie: Dużo znajomych i w środku o dziwo nie pada.
Piąte wrażenie: Że tak zacytuje "Cztery bloki, dziesięć paneli i nic ciekawego".
Szóste wrażenie: Część sklepowa fajna ale jakoś tylko jedno stanowisko wywołuje chęć kupienia wszystkiego.
Siódme wrażenie: Na zewnątrz o dziwo nie pada ale mokro i dobra pizza.
Ósme wrażenie: Panel o autorskim systemie, nauczyłem się co to k6+1 i czemu jest lepsze od k6. I niewiele więcej.
Dziewiąte wrażenie: Panel o wampirach, i jak je wykrywali Słowianie i czemu wszędzie widzieli działalność demonów (jak niektóre partie polityczne dziś). Bardzo dobre dziewiąte wrażenie.
Dziesiąte wrażenie: Panel o anime nieco ambitniejszych (bez cycków i głupich żartów - zdrada!). Dobre dziesiąte wrażenie.
Jedenaste wrażenie: Pociąg do domu super, mięciutki, szybciutki, cichutki. Mega wrażenie.
Ogólnie. Było możliwie, ale powinno być więcej niż możliwie. W końcu to Polcon goddamned.
Trochę dziwnie, że lepsze wrażenie sprawiło PKP niż Polcon 2009....
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezy. Pokaż wszystkie posty
3 września 2009
21 października 2008
Integracja
W miniony weekend (a dokładnie czwartek-sobota) miałem firmową integrację. Wyjazd po pracy (o 15:00 co by za lekko nie było) do Piaseczna do hotelu. Hotel (nazwa Da Silva) nówka, nie śmigana stoi tam chyba z niecałe dwa miesiące czy coś około. Wystój wypas, taki jak na amerykańskich filmach. Znaczy wszystko jednakowe, wypieszczone, kolorowe i eleganckie. Zamiast kluczy karty kodowe, które prawem Murphy'ego albo były źle zakodowane (i nie dało się wejść do pokoju) albo przez kontakt z telefonem komórkowym się rozkodowywały (i nie dało się wejść do pokoju).
Jedzenie super, pokoje na prawdę śliczne do tego TV niczego sobie z dość ograniczonym zasobem programów ale i tak oglądaliśmy z Peterem tylko TVN Turbo, reszta była niestrawna (jakieś tańce z gwiazdami, polsaty itp...).
Ah byłbym zapomniał, głównie oto chodziło iż mieliśmy tam się integrować z drugą spółką (Ta która nas wykupiła, skrót TKNW). Ludzie jak ludzie z TKNW, w sumie ok. Zabawne, że jak siedziały obok siebie oba działy IT od razu było widać który to stolik :) (pewien poziom Nerd Power się tam zbierał widoczny z daleka).
A potem tance, hulanki, swawole. No raczej tańce i hulanki, przynajmniej niektórzy. Ja preferuje na firmowych spotkaniach wariant "less than more".
Ogólnie poza faktem iż w piatek nas wiatr wyziębił na integracji w lesie to było nieźle, strzelanie z wiatrówki, moknięcie, karkówka z grilla, prawie fajny taniec brzucha prawie fajnej pani i brak wyspania się co spowodowało że w sobotę po powrocie padłem.
Ogólnie o dziwo była to jedna z fajniejszych imprez firmowych na jakich byłem. Okazało się, że ludzie z TKNW nie są kosmitami, my dla nich okazaliśmy się też nie kosmitami. A że ekipa rządząca to ... ;)
Jedzenie super, pokoje na prawdę śliczne do tego TV niczego sobie z dość ograniczonym zasobem programów ale i tak oglądaliśmy z Peterem tylko TVN Turbo, reszta była niestrawna (jakieś tańce z gwiazdami, polsaty itp...).
Ah byłbym zapomniał, głównie oto chodziło iż mieliśmy tam się integrować z drugą spółką (Ta która nas wykupiła, skrót TKNW). Ludzie jak ludzie z TKNW, w sumie ok. Zabawne, że jak siedziały obok siebie oba działy IT od razu było widać który to stolik :) (pewien poziom Nerd Power się tam zbierał widoczny z daleka).
A potem tance, hulanki, swawole. No raczej tańce i hulanki, przynajmniej niektórzy. Ja preferuje na firmowych spotkaniach wariant "less than more".
Ogólnie poza faktem iż w piatek nas wiatr wyziębił na integracji w lesie to było nieźle, strzelanie z wiatrówki, moknięcie, karkówka z grilla, prawie fajny taniec brzucha prawie fajnej pani i brak wyspania się co spowodowało że w sobotę po powrocie padłem.
Ogólnie o dziwo była to jedna z fajniejszych imprez firmowych na jakich byłem. Okazało się, że ludzie z TKNW nie są kosmitami, my dla nich okazaliśmy się też nie kosmitami. A że ekipa rządząca to ... ;)
25 września 2008
Tomasz się żeni....
No właśnie, w ramach sezonu kolejny znajomy (tym razem Tomasz :)) dał się złapać i się żeni. A raczej już się ożenił.
Byliśmy na weselu i ślubie razem z Misiem oczywiście, do tego przywiało z nami tam Fretki (bez swojego Lichonia lat 2,5), Pietię, Christofa i Goro&Tess.
Ślub był w nowym i dość dużym kościele. O ile sama budowla nie przypadła mi do gustu (wole stare kościoły nie nowomodne) o tyle sam ślub był ładny. Pannie młodej trochę łamał się głos a Pan młody mówił z przejęciem. Do tego jego uśmiech mógł sugerować kilka butelek valium zażytych po kryjomu (aczkolwiek całkiem prawdopodobne, że to było ze szczęścia). Całość przebiegła sprawnie bez jakiś długich nudnych wywodów.
Potem było wesele. Dużo ciotek, wujków i inszej nie znanej mi rodziny. Miejsce sympatyczne, orkiestra niezła (no poza wodzirejem który czasem przesadzał). Wódki dużo, jedzenia też zresztą :) (no jedna uwaga, mój rosół był zimny). Niestety nie byłem do końca ze względu na odchorowywanie choroby (dosłownie).
Ale widać było, że mimo zamieszania wokół siebie Państwo Młodzi byli po prostu szczęśliwi tym co ich właśnie spotkało.
I chyba o to chodzi.
PS. Obrączki ładne, a impreza "afterparty" dwa dni później w Paradoksie jeszcze lepsza :)
Byliśmy na weselu i ślubie razem z Misiem oczywiście, do tego przywiało z nami tam Fretki (bez swojego Lichonia lat 2,5), Pietię, Christofa i Goro&Tess.
Ślub był w nowym i dość dużym kościele. O ile sama budowla nie przypadła mi do gustu (wole stare kościoły nie nowomodne) o tyle sam ślub był ładny. Pannie młodej trochę łamał się głos a Pan młody mówił z przejęciem. Do tego jego uśmiech mógł sugerować kilka butelek valium zażytych po kryjomu (aczkolwiek całkiem prawdopodobne, że to było ze szczęścia). Całość przebiegła sprawnie bez jakiś długich nudnych wywodów.
Potem było wesele. Dużo ciotek, wujków i inszej nie znanej mi rodziny. Miejsce sympatyczne, orkiestra niezła (no poza wodzirejem który czasem przesadzał). Wódki dużo, jedzenia też zresztą :) (no jedna uwaga, mój rosół był zimny). Niestety nie byłem do końca ze względu na odchorowywanie choroby (dosłownie).
Ale widać było, że mimo zamieszania wokół siebie Państwo Młodzi byli po prostu szczęśliwi tym co ich właśnie spotkało.
I chyba o to chodzi.
PS. Obrączki ładne, a impreza "afterparty" dwa dni później w Paradoksie jeszcze lepsza :)
11 września 2008
Siedem Zmian
Po dość długim okresie nieaktywności mam znów internet :D
Przez ten czas sporo się zmieniło.
Raz.
Zamieszkałem wreszcie w swoim mieszkaniu.
Dwa.
Nie mieszkam sam, tylko z kobietą :) (moją na dodatek :D).
Różne były złego początki ale mam wrażenie, że jest coraz lepiej. Nie mówię idealnie bo sporo jeszcze pracy przede mną by do wielu rzeczy się przyzwyczaić a od innych odzwyczaić.
Mieszkając na swoim mogę wreszcie docenić że matula zaganiała mnie (mimo mego oporu) do wielu zadań domowych. Dzięki temu nie straszne mi drobne naprawy hydrauliczno/elektryczno/stolarskie. Nie to żebym to co prawda uwielbiał robić, ale jak trzeba to nie muszę do wszystkiego wzywać specjalistów.
Trzy.
Byłem z warszawską ekipą na konwencie, zwanym Flambergiem. Przygotowania były długie (prawie rok) ale udało się w sumie tak jak chcieliśmy. Znaczy mogę się pochwalić nagroda za najlepszego gracza. Yeah! Dziękuje, dziękuję dziękuję.
(nagrodę za najlepszy strój tez otrzymałem ale moim zdaniem kto inny ją powinien otrzymać [czytaj Tess] nie ja więc się nie chwalę).
Do tego doszła nagroda za drużynę (3 miejsce) i stroje drużynowo (1 miejsce). No i znów wyszło że Warszawa to tacy straszni powergamerzy :P
Ogólnie bawiłem się super. Ciężko się bawić źle jak jesteś na wyjeździe z 150 znajomymi z całej polski.
Cztery.
Czeka mnie zmiana pracy, a dokładniej miejsca pracy. Może tak: firma w której pracuje została wykupiona już jakiś czas temu. Teraz będzie się przenosić (zarówno fizycznie jak i prawnie). No i na 100% to pracuje do końca grudnia. Czy dalej to się okaże. Na razie wiem nic.
Pięć.
Mieliśmy w Naszym mieszkaniu parapetówę. Nie wiem jak uczestnikom mi się podobało. Wniosek mam prosty co prawda: łatwiej się uczestniczy niż organizuje. Ale cieszy równo jedno i drugie.
Sześć.
Śluby... otaczają mnie ludzie pobierający się. No przynajmniej ci którzy znam. Jakaś epidemia. W pracy średnio co 2 miesiące któraś wychodzi za mąż. Wśród kolegów średnio co 3 miesiące kolejny daje się usidlić. Czekać aż tylko mnie coś dorwie :P
Siedem.
Gwoli tematyki z punktu szóstego. Moja Sis zwana potocznie siostrą (czyt. Młodsza) zaręczyła się. :) Gratulacje dla niej i dla przyszłego szwagra (dla niego większe bo sam wiem co to za stres).
W sumie na razie tyla się działo albo tyla utkwiło w mojej mózgownicy z tego okresu.
Mam cichą nadzieję ze notki będą nieco częstsze skoro znowu mam net.
Przez ten czas sporo się zmieniło.
Raz.
Zamieszkałem wreszcie w swoim mieszkaniu.
Dwa.
Nie mieszkam sam, tylko z kobietą :) (moją na dodatek :D).
Różne były złego początki ale mam wrażenie, że jest coraz lepiej. Nie mówię idealnie bo sporo jeszcze pracy przede mną by do wielu rzeczy się przyzwyczaić a od innych odzwyczaić.
Mieszkając na swoim mogę wreszcie docenić że matula zaganiała mnie (mimo mego oporu) do wielu zadań domowych. Dzięki temu nie straszne mi drobne naprawy hydrauliczno/elektryczno/stolarskie. Nie to żebym to co prawda uwielbiał robić, ale jak trzeba to nie muszę do wszystkiego wzywać specjalistów.
Trzy.
Byłem z warszawską ekipą na konwencie, zwanym Flambergiem. Przygotowania były długie (prawie rok) ale udało się w sumie tak jak chcieliśmy. Znaczy mogę się pochwalić nagroda za najlepszego gracza. Yeah! Dziękuje, dziękuję dziękuję.
(nagrodę za najlepszy strój tez otrzymałem ale moim zdaniem kto inny ją powinien otrzymać [czytaj Tess] nie ja więc się nie chwalę).
Do tego doszła nagroda za drużynę (3 miejsce) i stroje drużynowo (1 miejsce). No i znów wyszło że Warszawa to tacy straszni powergamerzy :P
Ogólnie bawiłem się super. Ciężko się bawić źle jak jesteś na wyjeździe z 150 znajomymi z całej polski.
Cztery.
Czeka mnie zmiana pracy, a dokładniej miejsca pracy. Może tak: firma w której pracuje została wykupiona już jakiś czas temu. Teraz będzie się przenosić (zarówno fizycznie jak i prawnie). No i na 100% to pracuje do końca grudnia. Czy dalej to się okaże. Na razie wiem nic.
Pięć.
Mieliśmy w Naszym mieszkaniu parapetówę. Nie wiem jak uczestnikom mi się podobało. Wniosek mam prosty co prawda: łatwiej się uczestniczy niż organizuje. Ale cieszy równo jedno i drugie.
Sześć.
Śluby... otaczają mnie ludzie pobierający się. No przynajmniej ci którzy znam. Jakaś epidemia. W pracy średnio co 2 miesiące któraś wychodzi za mąż. Wśród kolegów średnio co 3 miesiące kolejny daje się usidlić. Czekać aż tylko mnie coś dorwie :P
Siedem.
Gwoli tematyki z punktu szóstego. Moja Sis zwana potocznie siostrą (czyt. Młodsza) zaręczyła się. :) Gratulacje dla niej i dla przyszłego szwagra (dla niego większe bo sam wiem co to za stres).
W sumie na razie tyla się działo albo tyla utkwiło w mojej mózgownicy z tego okresu.
Mam cichą nadzieję ze notki będą nieco częstsze skoro znowu mam net.
O som chodzi:
flamberg,
imprezy,
przeprowadzka,
siostra
3 lipca 2008
Ponowne goblinie gadanie czyli Goblina zrzędzenie marudne. >> 9 kwietnia 2008 11:09
*****Część pierwsza. O nędzy i żałości w sklepie wielkim.*****
Słońce mego życia jakiś czas temu stwierdziło, że chce sobie kupić grę. Japońską oczywiście, z Tele-Rubisiem na okładce (chodzi o Devil May Cry 3 gwoli wyjaśnienia). Ot naszło ją.
Dodatkowym bodźcem ku zakupom były bony jakie rozdawał duży sklep z racji swoich 5-tych urodzin. Kupon rabatowy 25% do jednego zakupu. I właśnie ten kupon chciało moje Słońce wykorzystać przy zakupie gry.
Po dotarciu do owego sklepu i zakupie niemal pierwszej lepszej gazety w tymże sklepie (kupon dostawało się po zakupie czegoś) udaliśmy się na poszukiwanie działu gier. Sklep zajmuje się sprzedażą gazet, miesięczników, filmów, książek itp. na wzór Empiku. Najpierw w miarę logicznie myśleliśmy, że gry będą tam gdzie inne podobne media, czyli w okolicach filmów i muzyki. Otóż, ku naszemu zdziwieniu filmy i muzyka były. Gry nie.
Jednak stojak niedaleko wejścia na którym stała gra Wiedźmin sugerował że gdzieś te gry są.
Metodą goblińską (do przodu...) postanowiliśmy przeszukać owy sklep co by znaleźć zaginiony dział. No właściwie to ja chciałem to robić metodą goblińską (bom goblin) ale Kochanie wykazało się sprytem. Na tablicy było że „programy komputerowe” są na piętrze drugim.
Jak się łatwo domyślić udaliśmy się na owe piętro drugie (schodami ruchomymi, jupiiiiiiiiiii).
No i właśnie tu nam witki opadły. Tu znajdował się dział gier, a raczej dzialik, W wielkim sklepie za cały asortyment gier służyły trzy małe półki średnio zapchane grami, w sumie było tam może z dziesięć tytułów. W tym głównie Wiedźmin i dodatek do Herosów. Żałość i nędza. Obrazu dopełniały półki obok z programami do nauki języka których było dużo więcej.
Nie bardzo to rozumiem. Sklep posiada olbrzymi asortyment zarówno książek jak i muzyki czy filmów. Czemu więc nie gier?
Bo ja przynajmniej rozumuje tak. Albo dużo albo nic. Jeśli już są gry w asortymencie to w takiej ilości by to miało sens. A jeśli nie to nie. Jakby gier w sklepie nie było bym się nieco zdziwił i tyle. Ot po prostu skupiają się na książkach i filmach. Nie każdy sklep musi sprzedawać wszystko. Za to małe nędzne półki z kilkoma tytułami są psu na budę. Maniak gier na pewno tu kupował nie będzie bo nie ma co wybierać. Osoba średnio grająca nie przyjdzie tu po gry z tego samego powodu. A liczenie że ktoś chyba przez czysty przypadek kupi grę mając tak nędzny wybór to moim zdaniem idiotyzm.
Gwoli podsumowania to gra była w Empiku, co prawda nie pierwszym ale drugim z kolei. Kochanie na razie poznaje tajniki używania klawiatury bo się programiści od konwersji z konsoli nie postarali do gry potrzeba albo pada albo zdolności człowieka gumy i dużo cierpliwości.
*****Część druga. O dzieciach, małych urwisach i rozmowach z nimi prowadzonych.*****
Mam siostrzeńca. No takiego przyszywanego co prawda, bo jak na razie o tym by moja siostra miała jakieś dzieci nic mi nie wiadomo (jej chyba też).
Mateusz bo tak mu na imię jest rozkosznym dzieckiem. Sprytnym, rezolutnym, upartym i czasem męczącym. No tak go odbieram widząc go mniej więcej raz w tygodniu na kilka godzin. Nie przebywam z nim 24 godziny na dobę więc pewnie jest bardziej męczący dla rodziców.
Cóż przywilej „wujka”.
Ale nie do końca o tym chciałem. Rodzice małego rozmawiają z nim w sposób normalny, i ja zgodnie z ich prośbą i zaleceniem zwracam się tak samo. Już mówię o co mi chodzi. O to, że sporo osób do dzieci używa jakiegoś dziwnego quasi języka. Szczebiocze jak potłuczeni, „ślićna dzidzia ma ciukierka?”. Bleah...
Te wszystkie „nini”, „titi”, „ści” itp. powodują że cierpnie mi skóra i bolą zęby. Kojarzą mi się z taką typową ciotką czy babką z opowieści co to łapie dziecko za policzek i potrząsając mówi „jak dzidzia ulosła”. Koszmar.
W pełni się zgadzam, że nie można taktować dziecka jak idioty. W przeciwieństwie do nas szybko się uczą, chłoną wszystko. Czemu więc mają chłonąć jakieś idiotyczne stwierdzenia. Nie chodzi mi tu o zdrabnianie bynajmniej. Pies dla dziecka to nadal może być piesek, ale nie koniecznie piesieciek. Co to jest niby piesieciek?
Tak więc rozmawiając z Mateuszem mówię normalnie, nawet jeśli nie wszystko łapie to nie szkodzi (a rozumie więcej niż mi się zdaje za każdym razem). Może nie sypie z rękawa „alegoriami” i innymi trudnymi słowami ale ot rozmawiam. Jak na razie jego rodzice mnie nie udusili i nie zakopali w lesie więc nie robię chyba źle ;)
Ostatnio zaś miałem przykład odwrotnego działania, stojąc na przystanku i czekając na moje Słońce mimowolnie obserwowałem panią która miała obok siebie trójkę dzieci. Dwoje starszych w wieku przedszkolnym jedno mniejsze (z rozmowy wywnioskowałem że jej jest tylko to mniejsze). I właśnie do tego najmłodszego co chwila szczebiotała: „śmakuje lizaciek? ślićna dzidzia chce lizaćka” itd.. więcej nie pamiętam ale koszmarne to było. Dodatkowo pani rozmawiała z starszymi chłopcami niemal tym samym językiem. Będąc jeszcze strasznie wścibska, standardowy zestaw pytań o rodzinę, wysokość zarobków rodziców itp.
Najlepiej całą sytuację skwitował jeden z młodzieńców gry owa pani wsiadła do autobusu zostawiając ich pod opieką mamy która w między czasie doszła: „Dobrze że sobie poszła, straszna baba”
Cóż nic dodać nic ująć.
*****Część trzecia. O imprezach i znajomych*****
Ostatnio byłem na dwóch imprezach. Pierwsza to Disorder Night Party, na które kiedyś zaciągnęło mnie moje Słońce i od tamtego czasu chodzimy w miarę regularnie. Impreza jest z gatunku japońskiego Rocka i okolic, w mhroocznym klubie Metal Cave niedaleko mojej starej podstawówki (odnośnie tej podstawówki patrz niżej).
Zastanawialiśmy się co nas ciągnie na Disordera, na pewno nie miejsce. Małe, zatłoczone, nadymione z fatalną akustyką. Na pewno wikt, piwo ujdzie, ceny ujdą do jedzenia nic nie ma. Na pewno nie do końca muzyka, bo prawie nigdy nie puszczają tego co byśmy chcieli a jak wspomniałem i tak słychać to nijak.
To czemu się za każdym snujemy na Disordera to na pewno znajomi i możliwość marudzenia potem.
Tak też było ostatnim razem, dodatkowo do standardowego zespołu znajomych Warszawsko-Siedleckich dołączyli nowi. Jeden z nich, osobnik którego wcześniej średnio lubiłem okazał się całkiem znośny.
Cóż, był po imprezie mocno wypluty więc zachowywał się bardziej naturalnie niż normalnie, nie lansował się i nie grał jak wcześniej.
Prawdziwe okazało się powiedzenie „Nie osądzaj książki po okładce”.
Tak więc mimo standardowego dymu i prawie-akustyki uważam Disorder za udany. I jak zwykle pomarudzę, że imprezę tego typu można zrobić pięć razy lepiej. Jak każdy Polak mam prawo marudzić sam nic nie robiąc :P
Drugą imprezą ja jakiej byłem to spotkanie mojej podstawówki. Tej drugiej w mojej karierze.
Co prawda na spotkanie deklarowało się sporo osób a przyszło nas całych czterech. Nie wiele się zmieniliśmy. Ta sama głupawka, i tak samo się dobrze nam rozmawia.
Potem zbiegiem różnych okoliczności pojechaliśmy z kolejną osobą z naszej podstawówki, Karoliną na grilla do jej znajomych.
Najpierw mieliśmy kupę śmiechu bo z braku miejsca kupowaliśmy mięso na grilla w stacji benzynowej Statoil. Dokładnie to mięsa nie mieli więc kupiliśmy kabanosy i parówki (kabanosy z grilla są niezłe, parówki średnie).
Najzabawniejsze i utwierdzające mnie w przekonaniu że świat jest mały jest to, że znajomi Karoliny okazali się mieć tych samych znajomych co ja (poza Karoliną oczywiście). Czyli właściwie mogę powiedzieć, że byłem na grillu u znajomych.
A właśnie miałem przekazać: Pozdrowienia dla Lorminy od Juliana i kolegów z Arkadii. (zainteresowani wiedzą o soo choszi).
Jako, że Lormina (znana mi pod innym imieniem) czyta moje pisadło chyba czasem to mam nadzieję że dotrze.
Tym optymistycznym akcentem kończę na razie marudzenie, idę zrobić sobie herbatę, w końcu coś trzeba w pracy robić.
Słońce mego życia jakiś czas temu stwierdziło, że chce sobie kupić grę. Japońską oczywiście, z Tele-Rubisiem na okładce (chodzi o Devil May Cry 3 gwoli wyjaśnienia). Ot naszło ją.
Dodatkowym bodźcem ku zakupom były bony jakie rozdawał duży sklep z racji swoich 5-tych urodzin. Kupon rabatowy 25% do jednego zakupu. I właśnie ten kupon chciało moje Słońce wykorzystać przy zakupie gry.
Po dotarciu do owego sklepu i zakupie niemal pierwszej lepszej gazety w tymże sklepie (kupon dostawało się po zakupie czegoś) udaliśmy się na poszukiwanie działu gier. Sklep zajmuje się sprzedażą gazet, miesięczników, filmów, książek itp. na wzór Empiku. Najpierw w miarę logicznie myśleliśmy, że gry będą tam gdzie inne podobne media, czyli w okolicach filmów i muzyki. Otóż, ku naszemu zdziwieniu filmy i muzyka były. Gry nie.
Jednak stojak niedaleko wejścia na którym stała gra Wiedźmin sugerował że gdzieś te gry są.
Metodą goblińską (do przodu...) postanowiliśmy przeszukać owy sklep co by znaleźć zaginiony dział. No właściwie to ja chciałem to robić metodą goblińską (bom goblin) ale Kochanie wykazało się sprytem. Na tablicy było że „programy komputerowe” są na piętrze drugim.
Jak się łatwo domyślić udaliśmy się na owe piętro drugie (schodami ruchomymi, jupiiiiiiiiiii).
No i właśnie tu nam witki opadły. Tu znajdował się dział gier, a raczej dzialik, W wielkim sklepie za cały asortyment gier służyły trzy małe półki średnio zapchane grami, w sumie było tam może z dziesięć tytułów. W tym głównie Wiedźmin i dodatek do Herosów. Żałość i nędza. Obrazu dopełniały półki obok z programami do nauki języka których było dużo więcej.
Nie bardzo to rozumiem. Sklep posiada olbrzymi asortyment zarówno książek jak i muzyki czy filmów. Czemu więc nie gier?
Bo ja przynajmniej rozumuje tak. Albo dużo albo nic. Jeśli już są gry w asortymencie to w takiej ilości by to miało sens. A jeśli nie to nie. Jakby gier w sklepie nie było bym się nieco zdziwił i tyle. Ot po prostu skupiają się na książkach i filmach. Nie każdy sklep musi sprzedawać wszystko. Za to małe nędzne półki z kilkoma tytułami są psu na budę. Maniak gier na pewno tu kupował nie będzie bo nie ma co wybierać. Osoba średnio grająca nie przyjdzie tu po gry z tego samego powodu. A liczenie że ktoś chyba przez czysty przypadek kupi grę mając tak nędzny wybór to moim zdaniem idiotyzm.
Gwoli podsumowania to gra była w Empiku, co prawda nie pierwszym ale drugim z kolei. Kochanie na razie poznaje tajniki używania klawiatury bo się programiści od konwersji z konsoli nie postarali do gry potrzeba albo pada albo zdolności człowieka gumy i dużo cierpliwości.
*****Część druga. O dzieciach, małych urwisach i rozmowach z nimi prowadzonych.*****
Mam siostrzeńca. No takiego przyszywanego co prawda, bo jak na razie o tym by moja siostra miała jakieś dzieci nic mi nie wiadomo (jej chyba też).
Mateusz bo tak mu na imię jest rozkosznym dzieckiem. Sprytnym, rezolutnym, upartym i czasem męczącym. No tak go odbieram widząc go mniej więcej raz w tygodniu na kilka godzin. Nie przebywam z nim 24 godziny na dobę więc pewnie jest bardziej męczący dla rodziców.
Cóż przywilej „wujka”.
Ale nie do końca o tym chciałem. Rodzice małego rozmawiają z nim w sposób normalny, i ja zgodnie z ich prośbą i zaleceniem zwracam się tak samo. Już mówię o co mi chodzi. O to, że sporo osób do dzieci używa jakiegoś dziwnego quasi języka. Szczebiocze jak potłuczeni, „ślićna dzidzia ma ciukierka?”. Bleah...
Te wszystkie „nini”, „titi”, „ści” itp. powodują że cierpnie mi skóra i bolą zęby. Kojarzą mi się z taką typową ciotką czy babką z opowieści co to łapie dziecko za policzek i potrząsając mówi „jak dzidzia ulosła”. Koszmar.
W pełni się zgadzam, że nie można taktować dziecka jak idioty. W przeciwieństwie do nas szybko się uczą, chłoną wszystko. Czemu więc mają chłonąć jakieś idiotyczne stwierdzenia. Nie chodzi mi tu o zdrabnianie bynajmniej. Pies dla dziecka to nadal może być piesek, ale nie koniecznie piesieciek. Co to jest niby piesieciek?
Tak więc rozmawiając z Mateuszem mówię normalnie, nawet jeśli nie wszystko łapie to nie szkodzi (a rozumie więcej niż mi się zdaje za każdym razem). Może nie sypie z rękawa „alegoriami” i innymi trudnymi słowami ale ot rozmawiam. Jak na razie jego rodzice mnie nie udusili i nie zakopali w lesie więc nie robię chyba źle ;)
Ostatnio zaś miałem przykład odwrotnego działania, stojąc na przystanku i czekając na moje Słońce mimowolnie obserwowałem panią która miała obok siebie trójkę dzieci. Dwoje starszych w wieku przedszkolnym jedno mniejsze (z rozmowy wywnioskowałem że jej jest tylko to mniejsze). I właśnie do tego najmłodszego co chwila szczebiotała: „śmakuje lizaciek? ślićna dzidzia chce lizaćka” itd.. więcej nie pamiętam ale koszmarne to było. Dodatkowo pani rozmawiała z starszymi chłopcami niemal tym samym językiem. Będąc jeszcze strasznie wścibska, standardowy zestaw pytań o rodzinę, wysokość zarobków rodziców itp.
Najlepiej całą sytuację skwitował jeden z młodzieńców gry owa pani wsiadła do autobusu zostawiając ich pod opieką mamy która w między czasie doszła: „Dobrze że sobie poszła, straszna baba”
Cóż nic dodać nic ująć.
*****Część trzecia. O imprezach i znajomych*****
Ostatnio byłem na dwóch imprezach. Pierwsza to Disorder Night Party, na które kiedyś zaciągnęło mnie moje Słońce i od tamtego czasu chodzimy w miarę regularnie. Impreza jest z gatunku japońskiego Rocka i okolic, w mhroocznym klubie Metal Cave niedaleko mojej starej podstawówki (odnośnie tej podstawówki patrz niżej).
Zastanawialiśmy się co nas ciągnie na Disordera, na pewno nie miejsce. Małe, zatłoczone, nadymione z fatalną akustyką. Na pewno wikt, piwo ujdzie, ceny ujdą do jedzenia nic nie ma. Na pewno nie do końca muzyka, bo prawie nigdy nie puszczają tego co byśmy chcieli a jak wspomniałem i tak słychać to nijak.
To czemu się za każdym snujemy na Disordera to na pewno znajomi i możliwość marudzenia potem.
Tak też było ostatnim razem, dodatkowo do standardowego zespołu znajomych Warszawsko-Siedleckich dołączyli nowi. Jeden z nich, osobnik którego wcześniej średnio lubiłem okazał się całkiem znośny.
Cóż, był po imprezie mocno wypluty więc zachowywał się bardziej naturalnie niż normalnie, nie lansował się i nie grał jak wcześniej.
Prawdziwe okazało się powiedzenie „Nie osądzaj książki po okładce”.
Tak więc mimo standardowego dymu i prawie-akustyki uważam Disorder za udany. I jak zwykle pomarudzę, że imprezę tego typu można zrobić pięć razy lepiej. Jak każdy Polak mam prawo marudzić sam nic nie robiąc :P
Drugą imprezą ja jakiej byłem to spotkanie mojej podstawówki. Tej drugiej w mojej karierze.
Co prawda na spotkanie deklarowało się sporo osób a przyszło nas całych czterech. Nie wiele się zmieniliśmy. Ta sama głupawka, i tak samo się dobrze nam rozmawia.
Potem zbiegiem różnych okoliczności pojechaliśmy z kolejną osobą z naszej podstawówki, Karoliną na grilla do jej znajomych.
Najpierw mieliśmy kupę śmiechu bo z braku miejsca kupowaliśmy mięso na grilla w stacji benzynowej Statoil. Dokładnie to mięsa nie mieli więc kupiliśmy kabanosy i parówki (kabanosy z grilla są niezłe, parówki średnie).
Najzabawniejsze i utwierdzające mnie w przekonaniu że świat jest mały jest to, że znajomi Karoliny okazali się mieć tych samych znajomych co ja (poza Karoliną oczywiście). Czyli właściwie mogę powiedzieć, że byłem na grillu u znajomych.
A właśnie miałem przekazać: Pozdrowienia dla Lorminy od Juliana i kolegów z Arkadii. (zainteresowani wiedzą o soo choszi).
Jako, że Lormina (znana mi pod innym imieniem) czyta moje pisadło chyba czasem to mam nadzieję że dotrze.
Tym optymistycznym akcentem kończę na razie marudzenie, idę zrobić sobie herbatę, w końcu coś trzeba w pracy robić.
O som chodzi:
imprezy,
stare posty,
z życia wzięte
Mrooook, mrooook i cieeeemność >> 17 listopada 2007 09:50
dę dziś z moją (zdecydowanie) ładniejsza połową na "emprezę".
I zastanawiam jak się ubrać:
1) Mrocznie i czarno
2) Czarno i mrocznie
3) Goblińsko zielono
4) Inaczej (??)
Taka prawda, że jakkolwiek bym się dziwnie nie ubrał na Disorderze wielkiej sensacji nie wywołam. Jak bym nago przyszedł to też pewnie tylko połowa osób by się zdziwiła (no tylko dlatego, że zimno).
Swoją drogą jak nachodzi mnie ubrać się "cool i trendy" to spoglądam do szafy i same kolory czarne, zielenie i nieco beżowo-piaskowego. Cóż, powiedzmy, że to też jest cool i trendy :)
W sumie w dobie dzisiejszych Emo (Emu czy jak im tam, ci co tak cieeepriom) to moja szafa pełna czarnych ubrań jest trendy. :P
I zastanawiam jak się ubrać:
1) Mrocznie i czarno
2) Czarno i mrocznie
3) Goblińsko zielono
4) Inaczej (??)
Taka prawda, że jakkolwiek bym się dziwnie nie ubrał na Disorderze wielkiej sensacji nie wywołam. Jak bym nago przyszedł to też pewnie tylko połowa osób by się zdziwiła (no tylko dlatego, że zimno).
Swoją drogą jak nachodzi mnie ubrać się "cool i trendy" to spoglądam do szafy i same kolory czarne, zielenie i nieco beżowo-piaskowego. Cóż, powiedzmy, że to też jest cool i trendy :)
W sumie w dobie dzisiejszych Emo (Emu czy jak im tam, ci co tak cieeepriom) to moja szafa pełna czarnych ubrań jest trendy. :P
Subskrybuj:
Posty (Atom)